Świdrujący dźwięk budzika brutalnie wyrwał mnie z objęć Morfeusza. Co tak do diabła szumi?! Aaaa, ok, klimatyzacja… Siedzę na łóżku i trochę tępym wzrokiem rozglądam się po pokoju. Za niecałe dwie godziny startujemy w biegu na 10,5km. Budzę Gonię i idę po przygotowane wieczorem rzeczy biegowe. Jest godzina 3:30. Na zewnątrz 27 stopni Celsjusza i potworna duchota. Bangkok właśnie ucichł i zasnął…








